Native speaker czy Native ściema?

Zarabiają od 20 do 120 zł za 60 minut swojego czasu. Często tylko za to, że są i że mówią w swoim ojczystym języku. Ale czy potrafią go nauczyć?

Nie da się sprawdzić, kto jest, a kto nie jest native speakerem. Między innymi dlatego, że nie wymyślono jeszcze “standardu”, który mógłby definiować ostatecznie, kim jest taka osoba. Potocznie uważa się, że native speakerem jest osoba, która urodziła się i wychowała w środowisku danego języka. Większość Polaków i Polek jest więc native speakerami języka polskiego. Czy jednak każdy, kto potrafi mówić po polsku, potrafi uczyć języka polskiego obcokrajowców?

Magiczna formułka “native speaker” działa bowiem jak lep na osoby chcące nauczyć się języka obcego. W serwisach z ogłoszeniami korepetycyjnymi roi się od tych, w których reklamują się native speakerzy.

Angielski, głupcze

Alice Neal jest rodowitą Brytyjką, dumną ze swojego pochodzenia. Ma 24 lata i przez większość życia mieszkała na Wyspach. Tam się urodziła i skończyła studia na Uniwersytecie w Sussex. Do Polski przyjechała na tyle niedawno, że wciąż nie opanowała naszego języka. – Mój polski jest naprawdę zły – stara się powiedzieć poprawnie. Mimo wszystko, a może właśnie przede wszystkim dlatego, jest nauczycielką języka angielskiego. Rok temu miała ponad 60 uczniów, którym dawała lekcje swojego języka ojczystego. Tak duże zainteresowanie wynika przede wszystkim z tego, że choć Alice nie ma przygotowania metodycznego jak nauczyciele zawodowi, to oferuje uczniom kontakt z codziennym językiem angielskim – ma to przede wszystkim znaczenie na wyższych stopniach edukacji językowej. – Na początku nauka z native speakerem nie jest taka ważna – wyjaśnia Alice. Jedna godzina lekcji z nią kosztuje 60 złotych. Alice podkreśla , że to “typowo warszawskie ceny” oraz że prywatne firmy są w stanie płacić jeszcze więcej, zwłaszcza doświadczonym nauczycielom.

Czy warto korzystać z zajęć z native speakerem? Część z nich, jak twierdzi Alice, oszukuje ludzi, są leniwi i nic im się nie chce. Wszystko uchodzi im na sucho, bo mają magiczną etykietkę “native speaker”. Podobnie twierdzi Marta Kozak, metody nauczania języka niemieckiego w szkole językowej Lingiwsta: Chodzenie na lekcje z native speakerem na początku nauki nie ma sensu, bo może okazać się, że nie do końca lub źle zostanie coś wyjaśnione i taka konstrukcja zostanie w naszej głowie. Dlatego na początku lepiej mieć tradycyjne lekcje.

Rok starszy Michał (nie chce podać prawdziwego imienia) profesjonalnym uczeniem zajmuje się od dawna. Jego klientami są przede wszystkim duże firmy i korporacje szkolące swoich pracowników. Część jego pracy ma charakter poufny, bo nie każdy szef dużego koncernu chce, by jego podwładni wiedzieli, że nie zna języka angielskiego… Choć Michał urodził się w Polsce, przez dużą część życia mieszkał poza naszym krajem. Podstawówkę kończył już w USA, a high school w Australii. Na studia wrócił do Akademii Sztuk Pięknych w Polsce – przede wszystkim ze względu na rodzinę. Formalnie jest więc osobą dwujęzyczną. – W ubiegłym roku miałem zajęcia z trzydziestoma osobami – zdradza. – Dla mnie praca nauczyciela języka angielskiego i grafika to podstawowe źródła utrzymania. Za jedną godzinę Michał dostaje od 60 do 120 złotych, choć czasem zdarza się, że więcej. Wszystko zależy od klienta i od tego, jak intensywny ma być kurs. Podkreśla przy tym, że nauka z native speakerami ma sens od poziomu “wyższy średnio zaawansowany”, a wcześniej po prostu szkoda na to pieniędzy.

Lubię po francusku

Część native speakerów trafia do Polski dzięki swojej rodzinie. Tak było na przykład z 26-letnią Yolandą Bordoni. Choć urodziła się w Genewie i mieszkała tam przez pierwsze lata swojego życia, dziś jest szczęśliwą warszawianką. Języka francuskiego uczy Polaków od trzech lat. – W tej chwili mam jednego ucznia, do tego jest to znajomy, więc biorę od niego tylko 20 złotych za lekcję – mówi. To rzeczywiście nieduża kwota, bo standardowo za godzinę zajęć liczy sobie od 35 do 40 złotych. Jak sama twierdzi, “to dość dużo, ale to konieczne”. Z zainteresowaniem jest bardzo różnie. Yola, gdyby miała możliwość, z chęcią przyjęłaby kolejnych uczniów, bo póki co ma na to czas. Nie dziwi też to, że poleca taki sposób nauki języka. – Tylko native speaker ma prawdziwy akcent i swobodnie posługuje się danym językiem – twierdzi. – Ale prawda jest taka, że czasem zapominam reguły gramatyczne, których uczyłam się w szkole dawno temu, a które dzisiaj są dla mnie oczywiste i przychodzą bezrefleksyjnie. Korepetycje, których udziela, są dla niej tylko dodatkowym źródłem dochodu. – Dlatego najkorzystniejsze są zajęcia w tandemach dwujęzycznych – podpowiada Marta Kozak. – Wtedy z jednej strony mamy kontakt z osobą świetnie znającą język, którego się uczymy, a z drugiej, jest osoba znająca polską gramatykę, polskie wyjątki i potrafiąca przełożyć obcojęzyczne zasady w odniesieniu do tych, które znają uczniowie.

Zza Buga

Z Krasnojarska we wschodniej Syberii przybyła do Polski Anna Naydenko. Po ukończeniu szkoły średniej skończyła filologię rosyjską z wyróżnieniem na miejscowym uniwersytecie. Do Polski trafiła w 2006 roku dzięki programowi organizowanemu przez Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. – Zorganizowano wówczas konkurs w ambasadzie polskiej w Moskwie i postanowiłam spróbować swoich sił – wspomina. – W ten sposób dostałam stypendium rządu polskiego i mogłam przyjechać do waszej stolicy. Od razu po przyjeździe przeszła miesięczny intensywny kurs nauki języka polskiego i dostała się na Wydział Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W międzyczasie przeszła proces nostryfikacji swojego dyplomu zdobytego jeszcze w Rosji. Bez większych problemów Anna dostała się również na kulturoznawstwo w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, gdzie został jej do zaliczenia jeszcze jeden rok studiów uzupełniających magisterskich.

Od roku Ania pracuje także jako nauczyciel rosyjskiego w jednej ze szkół językowych w Warszawie. – Prowadziłam grupę do 15 lat i dwóch indywidualnych uczniów – opowiada. – Poza szkołą dodatkowo uczyłam cztery osoby. Zresztą swoje pierwsze korepetycje dawałam jeszcze podczas studiów w Krakowie. Ania twierdzi, że nie ma problemów ze znalezieniem chętnych do nauki. Prawdopodobnie bierze się to z jej dużego doświadczenia i odpowiedniego wykształcenia kierunkowego. Jej zdaniem lekcje z native speakerem są o tyle dobre, że uczeń ma pewność uczenia się języka “żywego”, a dodatkowo wzbogaconego o pewne tło kulturowe, które jest naturalne dla takiego lektora. Zwraca też uwagę na to, że osobie uczącej swojego języka nigdy nie zabraknie słówek. Jedna lekcja u Ani kosztuje 40-45 złotych, choć zastanawia się nad podniesieniem jej stawki do 50 złotych. – Jestem przecież profesjonalnym nauczycielem – mówi. – A ceny w Warszawie rosną bardzo szybko. Podkreśla też, że nauka z native speakerem nie wiąże się właściwie z żadnymi minusami.

Warto?

Native speaker dr Markus Eberharter wykładający w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. z pochodzenia jest Austriakiem, urodził się w Tyrolu, studiował literaturę porównawczą i germanistykę. Jednakże już podczas studiów magisterskich na Uniwersytecie w Innsbrucku oraz doktoranckich na Viadrinie we Frankfurcie nad Odrą zainteresował się Polską. Jego rozprawa doktorska dotyczyła poezji Tytusa Czyżewskiego i polskiej awangardy międzywojennej. – Do Polski przeniosłem się z powodu mojej żony – wyjaśnia. – Ona jest Polką, więc postanowiliśmy zamieszkać tutaj. Zaraz po przyjeździe zajął się tłumaczeniami i korektą tekstów niemieckojęzycznych. Obecnie w pracy naukowej zajmuje się przekładem przede wszystkim literackim oraz kontaktami między Polską a krajami niemieckiego obszaru językowego. Na UW prowadzi zajęcia z literatury austriackiej i niemieckiej.

Pytany o to, czy warto chodzić na zajęcia z native speakerami… unika jednoznacznej odpowiedzi. – To jest pytanie, na które trudno odpowiedzieć – twierdzi. – Tak naprawdę wszystko zależy od konkretnej osoby i jej talentu czy możliwości. Każdy lektor ma plusy i minusy – i nie wynikają one z tego, że jest osobą, której językiem ojczystym nie jest polski… Co nie zmienia faktu, że taki kontakt zawsze jest szansą na skosztowanie innej kultury na miejscu – bez konieczności wyjeżdżania poza granice Polski.

***

Termin “native speaker” pochodzi z języka angielskiego i oznacza “użytkownika ojczystego języka”. Każdą osobę, która wychowała się w sferze oddziaływania danego języka i jednocześnie jest on dla niej językiem pierwotnym (ojczystym), można nazwać native speakerem tego języka.

Źródło: Nauka.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone

Językowe pułapki

Rewelacyjne metody błyskawicznej nauki, dyplomy, których nikt nie honoruje, podszywanie się pod znane instytucje

Szkoły językowe walczą o klientów. “Nauka do pięciu razy szybciej”, “potwierdzone na piśmie”, “100% skuteczności” i “zwrot pieniędzy po zdaniu egzaminu” – wabią rozwieszane na przystankach autobusowych różnokolorowe ulotki.

“Nie musisz chodzić do szkoły, a i tak nauczysz się więcej” – w ten sposób reklamuje się kurs, po którym ponoć nie trzeba martwić się o maturę. Inną metodą przyciągnięcia klientów jest powoływanie się na zagranicznych specjalistów. “Potwierdzone przez…” i tu pada nazwisko profesora, o którym nikt nigdy nie słyszał. Oczywiście, profesor nosi obco brzmiące nazwisko. Nie brakuje też zwyczajnych oszustów. – Nie podpisywałam żadnej umowy o pracę. Pieniądze dostaję prosto do ręki. To firma krzak. A native speakerzy? To zwykli przyjezdni z Anglii, którzy chcą sobie dorobić – twierdzi nauczycielka jednej z warszawskich szkół językowych. Nie podaje nazwiska. Boi się, że straci pracę.

W kuratorium, bezpośrednio kontrolującym kursy językowe, praca wielu ośrodków budzi spore wątpliwości. – Niektóre placówki nie dopełniają obowiązku zgłaszania w wydziałach edukacji starostw powiatowych zmian powstałych już po wpisie do ewidencji – mówi Wiesława Wodzicka, wizytator z mazowieckiego kuratorium. Co to oznacza? Bywa, że szkoła zwalnia pracowników i zatrudnia nowych, tańszych. Nie zawsze anglistów, rzadko z wykształceniem pedagogicznym. Zdarza się też, że szkoła zmienia siedzibę na gorszą. Kuratorium dowiaduje się o tym ostatnie.

Zabawa w ciuciubabkę

Przynętą na spragnionych wiedzy jest już sama nazwa. Szkoła językowa sugeruje, że można w niej nauczyć się więcej niż na zwykłym kursie. Na przykład uzyskać gruntowne przygotowanie do matury. – Bzdura! – zaprzecza Zbigniew Komola z mazowieckiego kuratorium. – To są placówki pozaszkolne i nie mają obowiązku realizacji podstaw programowych ani standardów egzaminacyjnych. Bazują wyłącznie na własnych programach.

- Kiedyś udawałam, że chcę się zapisać do jednej z tych nowych szkół. Przez telefon dowiedziałam się, że niezależnie od poziomu znajomości języka zostanę zapisana do grupy kojarzeniowej. Nikt jednak nie potrafił mi wytłumaczyć, co to oznacza. Wszystkiego miałam dowiedzieć się na miejscu – mówi Katarzyna Pisera ze Szkoły Języków Obcych Empik. I dodaje: – Na to właśnie liczą pseudonowoczesne kursy: wabią klientów na wszystkie możliwe sposoby i nie myślą, co będzie dalej.

Są bezwzględne w walce o klienta. W tej konkurencji nie ma metod niedozwolonych. Od dwóch lat działa na rynku piracka szkoła językowa – wierna kopia Cambridge School of English. Posługuje się tą samą nazwą i logo. – Dzwonią do nas ludzie i skarżą się, że spodziewali się po nas czegoś więcej. Mamy już dość ciągłego tłumaczenia, że to nie my – opowiada Marzena Siemplewska z Cambridge.

Do British Council telefonują byli uczniowie z informacją, że w ich okolicy właśnie otwarto filię tej instytucji. – Krew nas zalewa, gdy docierają do nas podobne nowinki. Ile można powtarzać, że swoją siedzibę mamy w Warszawie i nie organizujemy ośrodków regionalnych? – denerwuje się Alicja Bugajło z British Council.

Bywa, że gdy klient zapisze się na kurs, nikt się już nim nie interesuje. Czar pryska po dwóch, trzech lekcjach. Wtedy przeważnie jest jednak za późno, żeby się wycofać. Zwrot pieniędzy? Nie ma takiego terminu. A prywatny kurs angielskiego to spory wydatek. Opłaty za semestr wahają się od 700 do prawie 2000 zł. Alicja Bugajło wyjaśnia: – U nas kurs nie jest tani i dlatego zgadzamy się, aby nasi stali klienci płacili w ratach. Nie każdego stać od razu na wyłożenie kilku tysięcy zł.

W Empiku do tej pory można było płacić za kurs maksymalnie w sześciu ratach. – Od przyszłego roku chcemy jeszcze bardziej rozbić opłaty – dodaje Katarzyna Pisera – wszystko po to, aby ludzi stać było na naukę języka. Przy jednorazowych opłatach, chociaż to 10% taniej, stracilibyśmy połowę klientów.

Kursy oferujące nowoczesne metody nauki nie są tak wyrozumiałe. Tutaj całą kwotę trzeba wyłożyć już na pierwszych zajęciach.

Ciąganie za język

Zdaniem Alicji Bugajło z British Council, oferty “akademii szybkiej nauki” to zwykłe naciąganie: – Gdyby faktycznie można było uczyć się cztery-pięć razy szybciej, większość z nas mówiłaby płynnie po angielsku czy niemiecku. Ale tak nie jest. Nie wierzę w supermetody, wolę tradycyjne: podręcznik, powtórka i rozmowa.

Jednej osobie wystarczą dwie powtórki, inna nawet po stu nie zapamięta materiału. – Nowoczesny kurs bazuje na uogólnieniach, a jeżeli ktoś nie nadąża za grupą, to trudno. Bezpośrednio po kursie są może jeszcze jakieś efekty, ale po pół roku nic się już nie pamięta – mówi Izabela Beszlag ze Studenckiego Centrum Nauczania Języków Obcych.

Jedna z metod szybkiej nauki to tzw. system Callana. Czy jest skuteczny? Każda metoda na jakimś etapie nauki może mieć swoje zastosowanie. Tutaj w krótkim czasie uczeń zmuszony jest udzielić bardzo wielu odpowiedzi. – To przełamuje lęk przed mówieniem. Czy przekłada się na faktyczną znajomość języka? Wątpię, a poza tym na efekty trzeba jeszcze poczekać – mówi Jolanta Dobrowolska, metodyczka z Empiku. Jednak nie wszystko można zwalić na “zbyt nowoczesne” metody nauki. Dużo zależy od samego ośrodka. Metoda Callana zdobyła uznanie w świecie dlatego, że była prowadzona w profesjonalnych szkołach językowych. U nas nie zawsze tak jest. – Nauczyciele nie chcą wyjść poza ciasne minimum. Niektóre kursy reklamują się: “U nas wykładowcami są tylko absolwenci anglistyki UW”. Jakoś nikt nie wspomina, że ci ludzie mogą nie mieć najmniejszych predyspozycji pedagogicznych – przestrzega Małgorzata Gajewska ze Szkoły Języka Angielskiego dla Dzieci i Młodzieży.

Tradycyjne metody nie mają ponoć szansy w porównaniu z metodą SITA – tak uważają jej zwolennicy. W ulotce można przeczytać, że “osoby poddane testom przyswoiły w ciągu tygodnia średnio 1138 słów i zwrotów. Tyle przeciętnie opanowuje słuchacz rocznego kursu prowadzonego metodami tradycyjnymi”. – Potwierdzają to nasi lektorzy – mówi pracownica z Akademii Szybkiej Nauki w Warszawie. Czy można porozmawiać z lektorem? – Raczej nie, ale zapraszam na lekcję pokazową – pada wymijająca odpowiedź. Czemu nie? Zajęcia trwają cztery godziny, trzeba więc uzbroić się w cierpliwość. Pierwszą godzinę spędzamy na luźnych rozmowach, oczywiście po angielsku. Następnie przechodzimy do ciemnej salki, gdzie czekają już wyłożone poduszkami leżaki. Trzeba założyć okulary i słuchawki – to ponoć pomoże przyswajać wiedzę. Gaśnie światło, ze słuchawek zaczyna płynąć spokojny głos lektora. Mówi, żeby się rozluźnić i zapomnieć o wszystkim, co jest na zewnątrz. Potem rozpoczyna się lekcja: w słuchawkach powtarzane do znudzenia angielskie zwroty. W tle spokojna muzyka. Trudno jest zapanować nad zmęczeniem. – Zdarza się, że niektórych trzeba budzić po takim seansie – przyznaje pracownica placówki.

Następne dwie godziny to “odtwarzanie” usłyszanego materiału i powtórka z poprzedniej lekcji. Ciekawe, co powtarzają ci, którzy przespali zajęcia na leżakach?

Matura bez dyplomu

- Zdarza się, że przychodzi do nas młody człowiek i mówi: “Za miesiąc mam maturę i muszę ją zdać”. Szybko sprowadzamy go z powrotem na ziemię – opowiada Alicja Bugajło. – Ostatnio licealiści rzucili się na prowadzone przez nas egzaminy FCE i TOEFL. Mając taki papier w kieszeni, nie trzeba się specjalnie przejmować maturą – jest się zwolnionym z egzaminu z języka angielskiego.

Wiele kursów reklamuje się wydawaniem stosownego dyplomu po ich ukończeniu. Tymczasem żadna szkoła oprócz British Council nie ma takich uprawnień. Jedyne, co można uzyskać, to zaświadczenie o ukończeniu kursu. Taki papierek nie ma jednak żadnej mocy prawnej, a już na pewno nie można z nim liczyć na ulgi na maturze. Jednak chętnych do nauki na “zwykłych” kursach nie brakuje. – Szkoła działa od trzech miesięcy i już mamy komplet słuchaczy. To o czymś świadczy. Specjalizujemy się w powtórkach z angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego – mówi Grażyna Frybes z nowo otwartej szkoły. – Przychodzą maturzyści, którzy chcą powtórzyć to, co sprawia im najwięcej trudności. Prawie zawsze chodzi o gramatykę.

Zdaniem Jolanty Dobrowolskiej z Empiku, maturzyści nie powinni kierować się ogłoszeniami na przystankach autobusowych. To może się dla nich źle skończyć. – Nie mogę zagwarantować, że wszyscy moi uczniowie zdadzą maturę i dostaną się na studia – broni się Grażyna Frybes. I dodaje: – Ci, którzy to obiecują, wykorzystują naiwność maturzystów. I przy okazji nieźle na tym zarabiają.Tymczasem według Barbary Czarneckiej-Cichej z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, szkoły średnie przygotowują do matury. Dowód? Ponad 90% tegorocznych maturzystów zdało maturę próbną z języka obcego. – Oznacza to, że opanowali znajomość języka przynajmniej na poziomie podstawowym. Dlatego zastąpienie egzaminu maturalnego odpowiednim certyfikatem (np. FCE czy TOEFL) to dość kontrowersyjna decyzja. Promowani są uczniowie zamożni, z większych miast, nie ma mowy o równości szans.

Jednak nikt w Centralnej Komisji nie wie, ilu uczniów uczy się języków prywatnie.

Młodzi uczestnicy kursów często nie mają pojęcia, że padają właśnie ofiarą oszustwa. Myślą sobie: widocznie tak ma być. Najlepiej byłoby, gdy wszyscy uczestnicy kursu językowego raz w semestrze napisali test. Na jego podstawie można by ocenić stan ich wiedzy i podzielić na grupy. Jednak niewiele szkół decyduje się na taki sprawdzian. To spore ryzyko. Nie chcąc stracić klienta i oczywiście jego portfela, prowadzący zajęcia “oszczędzają” swoim uczniom niepotrzebnych stresów i unikają sprawdzianów. Mogłoby się bowiem okazać, że nie nauczyli się oni zbyt wiele.

Źródło: Onet.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone

Gogle, diody i inne metody

W polskich szkołach pojawia się coraz więcej nowych metod nauki języków obcych. Na ile są skuteczne?

Do niedawna w Polsce uczono języków obcych tradycyjnymi metodami: uczniowie korzystali wyłącznie z podręczników, zajęcia były prowadzone po polsku, przez co praktycznie nie było możliwości oswojenia się z nowym językiem. Wszystko zmieniło się na początku lat 90., kiedy międzynarodowe sieci szkół zaczęły otwierać w Polsce swoje filie.

Mówienie przede wszystkim

Obecnie coraz popularniejsza staje się nauka w systemie dualnym, w którym lekcje odbywają się na przemian z polskim lektorem i native speakerem. Polski lektor przeprowadza zajęcia gramatyczne i wprowadza nowe słownictwo, a native speaker utrwala materiał poprzez konwersację. – Metoda dualna jest skuteczniejsza niż tradycyjna, gdyż zapewnia kontakt z żywym językiem – twierdzi Izabela Witkowska, właściciel szkoły English For You. – Nasi uczniowie mają większą motywację, kiedy wiedzą, że na zajęciach nie mogą odezwać się po polsku. Także Marta Pasierbińska, lektorka w Szkole Języków Obcych Uniwersytetu Warszawskiego, chwali tę metodę: Jest ona dużo lepsza niż tradycyjna. Łączy w sobie to, co najlepsze z dwóch światów – kulturę ojczystą i kulturę obcą.

Dużym zainteresowaniem w polskich szkołach cieszy się metoda Callana. Opiera się ona na konwersacji prowadzonej w formie pytań i odpowiedzi. Lektor od pierwszej lekcji rozmawia z uczniami w obcym języku. Początkowo podaje im obcojęzyczne nazwy przedmiotów, które widać dokoła, aby potem zbudować z nich zdania. Nacisk kładzie się przede wszystkim na rozumienie ze słuchu i poprawną wymowę. Uczniowie nie notują, tylko słuchają i odpowiadają na pytania. Nie otrzymują też zadań domowych. Każdą lekcję prowadzi inny lektor, aby studenci osłuchali się z różną wymową.

Po osiągnięciu poziomu mówionego słuchacze poznają zasady pisowni. – U nas uczymy Callanem głównie na niższych poziomach. Nie stosujemy go na kursach egzaminacyjnych – tłumaczy Justyna Martin, dyrektor metodyczny w Empiku. – Callan uczy zautomatyzowanych reakcji: jest pytanie i odpowiedź. – To jest metoda, która pozwala wyćwiczyć mówienie i przełamać lęk. Brakuje w niej elementów gramatycznych – komentuje Pasierbińska. Także Ewa Czarniakowska z British School nie ma o Callanie dobrego zdania. – Abstrahowanie od gramatyki uważam za bezcelowe. Callan jest skuteczny do określonego poziomu. Potem następuje rozdźwięk: gramatyka i słownictwo już się nie uzupełniają.

Dużo starsza, choć w Polsce mniej znana, jest metoda Berlitza. Uczniowie poznają nowe słowa i uczą się mówić tak jak dzieci. Lektor niczego nie tłumaczy, jedynie opisuje rzeczy i nazywa sytuacje za pomocą mimiki, gestów, ilustracji i porównań. Na lekcjach w ogóle nie używa się języka polskiego. Duży nacisk kładzie się na aktywność uczniów, wychodząc z założenia, że jeśli nauczą się swobodnie porozumiewać w obcym języku, będą znali też jego grama-tykę. – Celem nauki u nas jest komunikacja, a nie gramatyka – tłumaczy Piotr Dżereń, dyrektor Berlitz Kids. – Ćwiczymy u uczniów automatyzm wypowiedzi, a konwersacyjny system trzyma ich w ciągłym napięciu, tak że nie mają czasu myśleć po polsku. Nawet notatki prowadzą w obcym języku. Gorzej, gdy dana osoba uczyła się już języka w innej szkole. Wtedy trudno jest jej się przestawić na naszą metodę. Marta Pasierbińska: Berlitz ma w Warszawie opinię dobrej szkoły. Jest to jednak system odpowiedni dla ludzi zaawansowanych. Raczej nie przygotowuje do egzaminów Cambridge, ale usprawnia mówienie.

Duży nacisk na mówienie kładzie się przede wszystkim w szkołach stosujących metodę komuni-kacyjną. Na zajęciach aranżowane są scenki, w których uczniowie wcielają się w różne role. – Ta metoda rozwija świadomość i płynność mówienia, pomija jednak gramatykę – twierdzi Pasierbińska. – Pokazujemy strukturę w kontekście – polemizuje Justyna Martin. – Uczeń sam dochodzi do tego, jak ona funkcjonuje w języku.

Nauka nie musi być nudna

Niekonwencjonalną metodę, przeznaczoną przede wszystkim dla dzieci, opracowała Helen Doron. Polega ona na uczeniu języka podczas zabawy. Dzieci odsłuchują nagrania na zajęciach, bawiąc się w domu oraz przed zaśnięciem. Szacuje się, że w ten sposób mogą przyswoić nawet do 1400 słów w ciągu rocznego kursu, jednak ich znajomość ogranicza się tylko do języka mówionego. Czy taka metoda jest skuteczna? – Nauka przez zabawę – na pewno tak – twierdzi Pasierbińska. – Jest to dobry początek, który zachęci dzieci do nauki języka w przyszłości.

Zupełnie nietypowy jest sposób nauczania Superlearning, który proponuje szkoła Sita Learning. Jedna godzina zajęć odbywa się z lektorem, a jedna w laboratorium z urządzeniami wprowadzającymi uczniów w stan alfa, czyli stan pomiędzy jawą a snem. Gogle Sity służą do regulacji oddechu. Pod nimi znajdują się dwie diody i czytnik oddechu. Wbrew pozorom gogle nie wyświetlają obrazów. Każda lekcja przedstawia inną sytuację – może to być rozmowa z policjantem na ulicy, spotkanie w kawiarni itp. – Dwuipółmiesięczny kurs w naszej szkole pozwala opanować materiał, jaki w innych szkołach przerabia się w ciągu roku – zapewnia Wanda Olszanowska z Sita Learning. – Jednak nie jest to metoda na poważne egzaminy i nie można po nauce u nas zdać certyfikatów językowych. Polecamy ją osobom, które chcą się szybko nauczyć języka. Nacisk kładziemy raczej na rozpoznawanie i rozumienie związków wyrazowych, co ma szczególne znaczenie w osiągnięciu płynności i szybkości mówienia. O wiele mniej entuzjazmu wykazuje Marta Pasierbińska: Jestem jak najgorszego zdania o metodzie Sita. Nie ma nauki bez wysiłku. – To trochę oszukiwanie się. Nie potrafię sobie wyobrazić uczenia się i relaksowania równocześnie – dodaje Czarniakowska. – To ma sens, kiedy dana osoba nie ma ambicji lingwistycznych, kiedy nie chce języka poznać dobrze, ma zamiar używać go tylko jako narzędzia komunikacji – tłumaczy Konrad Nowogrodzki, lektor w British School. – Jest to jednak uczenie połowiczne.

Bez lektora

Nowa i traktowana w Polsce z dużą rezerwą jest e-School, czyli nauka przez Internet. To, co ją wyróżnia, to niskie ceny – miesięczny pakiet kosztuje 100 zł. Student nie ma też stałego kontaktu z lektorem. Może korzystać z jego pomocy przez „forum” (tzw. Notebook) – czyli przesyłając pytania, na które otrzyma odpowiedź w ciągu 24 godzin. – Nie jest to metoda dla osób, które chcą się nauczyć języka od podstaw – przyznaje Marcin Jaskulski, dyrektor marketingu w szkole Lingua Nova – a tym bardziej nie stanowi przygotowania do egzaminów, bo program nie zawiera fonii i nie daje możliwości konwersacji. Jest to jednak doskonały sposób na rozszerzenie słownictwa. Pasierbińska dodaje: To nie jest metoda harmonijna – kładzie nacisk na pisanie, rezygnując z mówienia. Jest dobra, jeśli chcemy tylko wyćwiczyć pisanie. W Polsce z e-School korzysta zaledwie 120 osób, ale – jak zapewnia Jaskulski – jej popularność wzrasta.

Korespondencyjne kształcenie językowe jest jedną z ofert ESKK. Także tutaj lektor nie odgrywa istotnej roli – sprawdza prace domowe przesyłane mu przez słuchaczy i ewentualnie odpowiada na ich pytania zawarte w listach i e-mailach. Po ukończeniu takiego kursu można uzyskać certyfikat językowy TELC. Dużym plusem tej metody jest cena – 34,90-44,90 zł za miesięczny pakiet. – Jest to dobra metoda dla ludzi systematycznych. Polecałabym jednak łączenie jej z Callanem – ocenia Pasierbińska.

Tradycyjny system nauki języków obcych stosowany nadal w większości polskich publicznych szkół, jak twierdzi Dereń, nie jest zły, ale są metody szybsze. Wiele z nich jednak nie daje gwarancji zdania certyfikatów językowych ani nawet do nich nie przygotowuje. Według Pasierbińskiej wszystkim metodom konwersacyjnym można zarzucić brak odpowiedniej liczby elementów gramatycznych. – Gdybym miała wybierać, za najlepszy uznałabym system dualny – stwierdza. – Jest on najbardziej kompleksowy i najodpowiedniejszy dla Polaków uczących się języka obcego we własnym kraju.

Ewelina Wojtysiak

Źródło: Onet.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone

Gra: Angielski – mówisz i rozumiesz

Angielski – mówisz i rozumiesz to multimedialny kurs dla osób początkujących i zaczynających naukę oraz tych, które chciałyby szybko przypomnieć sobie podstawy języka angielskiego.

Program skutecznie uczy 1500 najważniejszych słów i zwrotów, krok po kroku objaśnia podstawy i tłumaczy najważniejsze zagadnienia gramatyczne. Specjalnie opracowane ćwiczenia oraz graficzny analizator wymowy doskonalą mówienie i kształcą rozumienie ze słuchu. Szybko zaczniesz mówić i rozumieć cudzoziemców!

Multimedialny kurs dla początkujących i zaczynających naukę Angielski – mówisz i rozumiesz to:

- 750 ćwiczeń w 30 różnych typach
- praktyczne rozmówki
- gramatyka z ćwiczeniami
- w pełni polski interfejs
- nagrania wyłącznie native speakerów
- 1500 słówek i zwrotów
- tłumaczenia na polski
- nauka wymowy i rozumienia ze słuchu
- słownik 5000 haseł

Lekcje wstępne.

Specjalnie opracowane lekcje wstępne uczą podstaw języka angielskiego (alfabet, zwroty grzecznościowe, liczby, kolory) oraz w przejrzysty sposób prezentują najważniejsze zagadnienia gramatyczne, niezbędne do porozumiewania się. Stawiaj z nami pierwsze kroki w nauce języka angielskiego!

1500 słówek i zwrotów.

Program wszechstronnie uczy 1500 najpotrzebniejszych słów i wyrażeń dotyczących podróży, pracy, zdrowia, zakupów, spędzania czasu wolnego… Program zawiera także wygodny w użyciu Słownik obejmujących 5000 haseł.

Praktyczne rozmówki.

Na podstawie interesujących dialogów poznasz zwroty przydatne w typowych życiowych sytuacjach: rezerwacja miejsca w hotelu, rozmowa o pracę, zakupy, wizyta u lekarza i inne. Specjalnie opracowane ćwiczenia skutecznie przełamują opór przed mówieniem w obcym języku.

Gramatyka w pigułce!

Po opanowaniu podstaw języka warto poznać najważniejsze zagadnienia gramatyczne. Zawarty w programie Podręcznik w przystępny sposób tłumaczy reguły, a urozmaicone ćwiczenia uczą ich stosowania w praktyce.

Mówisz….

Możliwość nagrywania oraz graficzny analizator wymowy pozwalają doskonalić akcent i wymowę. Dzięki interaktywnym dialogom, w których możesz wcielić się w wybraną przez siebie rolę, zaczniesz mówić po angielsku!

…i rozumiesz!

Liczne nagrania w wykonaniu wyłącznie native speakerów oraz specjalne ćwiczenia kształcące rozumienie ze słuchu sprawią, że będziesz świetnie rozumieć cudzoziemców!

Indywidualne konta i kontrola wyników

Dzięki indywidualnym kontom Użytkownika z programu mogą korzystać wszyscy członkowie rodziny. Rozbudowanie statystyki pozwalają w każdym momencie sprawdzić postępy w nauce.

Program uczy na poziomie A1 i A2 według klasyfikacji Rady Europy.

Doskonałym rozwinięciem nauki z programem Angielski – mówisz i rozumiesz jest kurs na płycie Audio CD Angielski Kurs podstawowy – do słuchania w domu, w podróży, w drodze do pracy… w każdej wolnej chwili!

Kurs Mówisz i rozumiesz jest nową, rozbudowaną wersją programu Angielski w pigułce 3.0.

Źródło: Onet.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone

Polacy nie gęsi… czyli uczmy się języków

Trudności językowe to wciąż pierwsza bariera, którą muszą pokonać nasi rodacy w wyścigu o pracę w Irlandii

W dobie zagranicznych wyjazdów Polaków, furorę robi słówko “komunikatywny” – większość składanych w irlandzkich kafejkach, barach, hurtowniach i fabrykach CV, w rubryce “języki obce” tak właśnie ocenia zdolności lingwistyczne potencjalnego kandydata.

Tymczasem jak donosi raport “Polscy migranci pracujący w Irlandii”, przygotowany przez socjologów z Uniwersytetu w Maynooth, to właśnie słaba znajomość języka angielskiego często spycha Polaków na stanowiska poniżej kwalifikacji i wykształcenia. Z drugiej jednak strony, biegłość w hiszpańskim, francuskim czy języku Szekspira znacząco pomaga realizować własne ambicje zawodowe. Że Polacy nie gęsi i swój języka mają, wiemy wszyscy. Ale czy jesteśmy orłami w językach obcych?

Natalia Sokołowska przyjechała do Irlandii ponad półtora roku temu. Decyzja o wyjeździe została podjęta po starannych przygotowaniach oraz skrupulatnym przestudiowaniu rynku pracy. “Jadąc z niespełna rocznym synkiem, nie mogliśmy sobie pozwolić na ryzyko” – wspomina dziś. Rozsyłanie CV jeszcze z Polski oraz wstępne rozmowy kwalifikacyjne przez telefon i Internet zaowocowały tym, iż już w pierwszej firmie, w której Natalia umówiona była z działem kadr na wywiad, dostała pracę.

Międzynarodowa firma spedycyjna, obsługująca m.in. zamówienia z przetargów finansowanych przez struktury europejskie, okazała się idealnym miejscem pracy dla 26-letniej absolwentki lingwistyki. Punktem przetargowym bowiem okazała się znajomość aż trzech języków obcych! “Praca w spedycji wymaga nie tylko dużej elastyczności, ale i dobrego planowania. A poza tym, mam okazję na co dzień rozmawiać po polsku, angielsku i francusku!” – chwali swoje miejsce pracy Natalia.

Dzwoniąc do Instytutu Cervantesa w Dublinie, będącego hiszpańską instytucją państwową, działającą na całym świecie i mającą na celu propagowanie kultury i języka hiszpańskiego, usłyszeć możemy w słuchawce miły głos Evy. A raczej … Ewy Senger, Polki pracującej w dziale administracji Instytutu. Obecność absolwentki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu jest najlepszym dowodem na to, że nie powinniśmy mieć żadnych kompleksów wobec innych nacji – rozpoczynając od stanowiska asystentki w recepcji, Ewa doskonaliła swoją znajomości języka hiszpańskiego, kolejno przygotowując się do egzaminów językowych oraz konkursów na administracyjne stanowiska, aż jej roczny kontrakt próbny zastąpiony został bezterminową umową o pracę. “Do konkursu stawałam z rodowitymi Hiszpanami, a mimo wszystko udało mi się!” – śmieje się Ewa.

Opublikowany właśnie raport “Polscy migranci pracujący w Irlandii”, przygotowany przez Katarzynę Kropiwiec i dr Rebeccę Chiyoko King-O’Riain, wyraźnie jednak wskazuje, iż trudności językowe są pierwszym, z wymienianych przez irlandzką polonię, problemów życia codziennego. Choć coraz więcej instytucji oraz urzędów udostępnia informacje w językach najliczniejszych grup etnicznych, nieznajomość angielskiego skutecznie dyskwalifikuje nas na rynku pracy. “Konkurencja o pracę rośnie i nawet na stanowiskach niższego szczebla wymagania stają się coraz wyższe” – podkreśla w raporcie Kropiwiec. Tym samym Polacy zmuszani są podejmować pracę poniżej swoich kwalifikacji. Podobnego zdania jest Piotr Sznyter, anglista nauczający w kilku dublińskich szkołach językowych: “Nieznajomość języka angielskiego mogła nie być wielką przeszkodą w podjęciu dobrej pracy w Irlandii jeszcze rok, dwa temu. Teraz, w warunkach ciągłego napływu imigracji zarobkowej, poziom podstawowy lub komunikatywny zwyczajnie nie jest konkurencyjny dla wielu pracodawców.

Nie będzie wielkim odkryciem, choć dla wielu uparcie odsuwanym ze świadomości stwierdzeniem, iż w Irlandii bez języka angielskiego ani rusz. Gdzie zatem się uczyć?

Szkoły językowe przeżywają obecnie prawdziwy boom, napędzany imigracją do Irlandii. Na każdym kroku kuszą oferty niedrogich i dających natychmiastowe efekty kursów i konwersacji. Paradoksalnie, oprócz studentów z Azji – dla których nauka w szkole językowej jest przepustką do uzyskania wizy – znaczący procent uczniów stanowią właśnie Polacy!

“Spośród 150 studentów naszej szkoły, większość to ludzie z Polski.” – mówi Pani Marta, pracująca w recepcji jednej z największych szkół językowych w Dublinie. “Dlatego też połowa naszych nauczycieli to polskojęzyczni lektorzy, którzy – zwłaszcza początkującym i niepewnym zasad gramatyki uczniom – tłumaczą zawiłości języka angielskiego”. O ile bowiem bardziej zaawansowani w nauce studenci wolą tzw. native speakerów, z którymi szlifować można akcent i niuanse słownikowe, o tyle na początek dobrze mieć “asekurację” w osobie belfra znad Wisły. Na pytanie o główne powody, jakie skłoniły Polaków do powrotu (często po latach przerwy) do szkoły, Pani Marta jednym tchem wymienia: “Możliwość dostania lepszej pracy, chęć swobodnego komunikowania się na co dzień oraz przekonanie, że skoro jesteśmy w Irlandii, powinniśmy mówić biegle w tym języku”.

Banał? Okazuje się, że nasze nastawienie do tej kwestii ściśle związane jest z celami i powodami, jakie przywiodły nas do życia w Irlandii. “Polacy jako naród chętnie uczą się języków obcych i mają ku temu predyspozycje” – mówi Agnieszka Grudzińska, pracująca w szkole języka angielskiego SPEAK. – “Motywację studenci mają, lecz różnie to bywa z zapałem. O ile niektórzy przychodzą, bo muszą – z tego względu, że pracują z Irlandczykami i muszą w pracy swobodnie się porozumiewać – inni dostrzegają, że im więcej umieją, tym lepsze czekają na nich szanse w Irlandii”. Dlatego na zajęciach stawia się przede wszystkim na zdolności komunikatywne, podbudowane solidną znajomością gramatyki i zasad. “To dorośli ludzie i wiedzą, że robią to tylko i wyłącznie dla siebie” – mówi Agnieszka. – “Dlatego stawiamy na luźną, przyjazną atmosferę nauki, rozumiejąc, że po kilku godzinach spędzonych w pracy nasi studenci potrzebują nieco zachęty, by przyswajać kolejne słówka i zwroty”. Jak mówi pewne buddyjskie powiedzenie, gdy uczeń jest gotów, pojawia się nauczyciel. Tym samym, najlepsze efekty mamy tam, gdzie przede wszystkim jest chęć i zapał samych uczniów.

A może po francusku?

Ale po co komu język Napoleona w Irlandii, zapytać ktoś może. Okazuje się jednak, że Polacy stanowią jedną z najliczniejszych grup nieanglojęzycznych studentów w Alliance Francaise, będącym odpowiednikiem Instytutu Cervantesa. “Niemal jedna-czwarta studiujących język francuski to uczniowie spoza Irlandii” – wyjaśnia Vincent Lavergne. – “Powiedziałbym, że około dziesięciu procent z nich stanowią studenci rodem z Pologne”. W instytucjach jak ta, nie tylko uczęszczać możemy na tradycyjne kursy i zajęcia, ale również mamy możliwość skorzystania z biblioteki oraz udziału w wydarzeniach kulturalnych na miarę zakończonego właśnie French Film Festival.

Jeszcze więcej do zaoferowania swoim studentom ma wspomniany Instytut Cervantesa. Wśród zarejestrowanych studentów, 39 osób podało Polskę jako swój kraj pochodzenia. “Polacy zdecydowanie wybijają się ponad innych uczestników kursu” – opowiada Ewa Senger. – “Dwie z naszych lektorek, które odbyły też kilkuletnie praktyki w Warszawie przyznają, że polscy uczniowie znacznie sprawniej przyswajają castellano”. Szybciej “łapiemy” akcent, potrafimy poprawnie artykułować hiszpańskie głoski, gramatyka też nie stanowi dla nas większego problemu. Są to głównie ludzie młodzi, pracujący w zawodach – a zatem władający dość dobrze językiem angielskim – często zachęceni do nauki panującą na to modą, kontaktami z uroczymi Hiszpanami, czy możliwością spędzenia wakacji w tym ślicznym kraju. Do nauki zachęcają organizowane przeglądy hiszpańskojęzycznego kina, wykłady w Galerii Narodowej czy spotkania miłośników architektury Gaudiego w Trinity College. Ponadto, Instytut dysponuje wspaniałą biblioteką i wypożyczalnią filmów, do jakiej daleko jeszcze skromnym zbiorom w Domu Polskim.

“Ala ma kota”

Wszyscy uczymy się języków obcych, a co … z językiem polskim? Okazuje się, że w Dublinie prowadzone są kursy dla tych wszystkich, którzy chcieliby Miłosza czy Masłowską czytać w oryginale. Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny od początków swojego istnienia za cel stawiał propagowanie i naukę języka polskiego, nie tylko wśród powojennych emigrantów, lecz również ich małżonków, dzieci, przyjaciół. Wszyscy uczymy się języków obcych, a co … z językiem polskim? Okazuje się, że w Dublinie prowadzone są kursy dla tych wszystkich, którzy chcieliby Miłosza czy Masłowską czytać w oryginale.

Oprócz Domu Polskiego, będącego siedzibą POSK, języka polskiego możemy się uczyć w Trinity College oraz w Polskiej Szkole w Blackrock. Co prawda ta ostatnia placówka skierowana jest raczej do dzieci, objętych obowiązkiem szkolnym, celem akredytowanej przez polski MEN instytucji jest dbałość o zachowanie znajomości polskiej literatury i kultury przez uczniów, na co dzień uczęszczających do irlandzkich podstawówek i gimnazjów. A nie od dziś wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie… W batalii o lepsze stanowiska i wakaty, z kilkoma certyfikatami językowymi w kieszeni, Polacy stać się wkrótce mogą nie lada potęgą!

Źródło: Onet.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone

Do you speak English?

Przyjechali do Londynu kilka lat temu albo całkiem niedawno. Z całymi rodzinami albo sami. Kiedy wracają na wakacje do Polski, znajomi z zazdrością pytają: „Tyle lat za granicą? To chyba mówisz perfekt po angielsku?”. A oni patrzą w sufit. Bo tak naprawdę lepiej radzili sobie z językiem, kiedy tu przyjechali.

Arek, Edyta, Sebastian. Trzy osoby, trzy historie. Wszystkie łączy jedno – mieszkają w Londynie i prawie nie mówią po angielsku. Niemożliwe? Posłuchajcie…

Arek, 34 lata. W Londynie od sześciu lat. Z wykształcenia ekonomista, w Polsce pracował w biurze rachunkowym. Tu nosi meble – pracuje w firmie, która zajmuje się przeprowadzkami. Arek ma prawo jazdy na ciężarówki, jest silny, nie boi się ciężkiej pracy. – Wolę to niż sterczenie za biurkiem za marne grosze. Pracownik fizyczny w Anglii może żyć lepiej od wykształconego specjalisty w kraju – wyjaśnia swoje motywacje. Arek prawie nie mówi po angielsku. Poradzi sobie z zakupami, wizytą u lekarza, zamówi piwo w pubie. To wszystko. Kiedy przyjechał do Londynu, miał ambitne plany. Kurs języka, może jakieś wieczorowe studia, za jakiś czas praca w zawodzie. Nowi znajomi, nowe międzynarodowe przyjaźnie. Życie zweryfikowało założenia. Na początku kursy były za drogie, a na uczenie się samemu nie było czasu. Wynajął pokój u Polaków, blisko domu znalazł sklep, w którym sprzedaje Polka, pracuje z Polakami, przyjaźni się z Polakami. Naukę angielskiego ciągle odkładał na potem. W wolnym czasie wolał pójść do pubu albo na basen, niż wkuwać słówka. Teraz mówi gorzej, niż kiedy tu przyjechał. Radzi sobie, żyje mu się całkiem nieźle, więc nie ma motywacji do nauki. Trochę tylko żałuje straconego czasu.

Edyta przyjechała do Londynu pół roku temu. Wychowuje siedmiomiesięcznego synka. Nie pracuje, bo żłobek kosztowałby więcej, niż mogłaby zarobić. Gotuje obiady, sprząta, chodzi z dzieckiem na spacery. W parku poznała inną Polkę z dzieckiem, czasem spotykają się na kawie. Mąż, który dobrze mówi po angielsku i ma niezłą pracę, utrzymuje rodzinę, robi zakupy, załatwia sprawy w urzędach, na poczcie i wszędzie tam, gdzie trzeba się odezwać. – Chciałabym nauczyć się angielskiego, bo jak długo można żyć w takiej klatce? – mówi Edyta – Ale zwyczajnie nie mam czasu. Dziecko pochłania mnie bez reszty, nie mogę zostawić Mateuszka i pójść na kurs, zresztą i tak nie starczy mi na to pieniędzy. Poza tym nie mam teraz głowy do nauki.

Sebastian. Młody, pełen entuzjazmu, ambitny. W Londynie od kilku tygodni. Perfekt zna francuski, zawsze chciał mieszkać we Francji. Życie zdecydowało inaczej. – Mój polski pracodawca zaproponował przeniesienie do londyńskiego biura firmy. Dwa razy wyższa pensja, służbowe mieszkanie. Takiej propozycji się nie odrzuca. – opowiada. W pracy Sebastian nie potrzebuje języka. Projektuje maszyny chłodnicze, całe dnie spędza przy desce kreślarskiej. Zna techniczne określenia i to mu wystarcza. W biurze pracuje kilku Polaków, to z nimi współpracuje. Chciałby nauczyć się języka, choćby po to, żeby móc pójść do kina, w pracy też nie awansuje bez znajomości angielskiego. Ma silną motywację, ale mało czasu.

Mieszkać w Anglii to za mało

Jak pokazują historie Arka, Edyty, Sebastiana i wielu z nas, samo mieszkanie w Anglii nie wystarczy, żeby nauczyć się angielskiego. Trzeba włożyć w to trochę wysiłku. Na pewno mieszkając tu, a nie gdzie indziej będzie łatwiej.

W londyńskiej Stanton School of English Polacy stanowią 7 procent wszystkich studentów. Połowa z nich to osoby uczące się w trybie „part time”, czyli przez trzy wieczory w tygodniu, po dwie godziny. Taki kurs kosztuje 58 funtów za cztery tygodnie. Coraz mniej Polaków wybiera kursy „full time”, gdzie 15 godzin tygodniowo kosztuje 252 funtówza cztery tygodnie lub 100 funtów przy pewnych ograniczeniach (większe grupy, mniej dogodne godziny zajęć). Zdaniem Magdaleny Dymbel ze Stanton School of English liczba studentów z Polski zmalała po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Odeszli ci studenci, którym tak naprawdę nie zależało na nauce angielskiego. – Ludzie nie muszą się już uczyć w pełnym wymiarze godzin, żeby mieć prawo do pracy.

Od 1 maja 2004 roku Polska należy do Unii Europejskiej. Od tego czasu większość państwowych szkół i college’ów prowadzi darmowe kursy języka angielskiego na różnych poziomach i w różnym wymiarze godzin. Zajęcia prowadzone w ramach programu „English for speakers of other languages” (ESOL) są przeznaczone dla obcokrajowców z krajów Unii Europejskiej. Jak znaleźć odpowiednią szkołę? Najprościej skorzystać z wyszukiwarki na stronie www.floodlight.co.uk. Wyszukiwarka uwzględnia wszystkie Adult Education Colleges, Adult Education Centres i Community Colleges, które prowadzą takie kursy. Można też zapytać o kursy ESOL w lokalnej bibliotece albo Community Centre. Darmowe kursy z założenia nie powinny odbiegać poziomem od płatnych zajęć. Różne godziny, w których są prowadzone i różna intensywność zajęć pozwalają wpasować lekcje języka do grafiku zajęć wypełnionego pracą i innymi obowiązkami.

Zanim zdecydujesz się zapisać na kurs, koniecznie zasięgnij opinii o szkole, najlepiej u znajomych. Istnieje duża szansa, że darmowe lekcje w dobrej szkole będą na wysokim poziomie, w kiepskiej – na niskim. Nie dlatego, że są za darmo, ale ponieważ szkoła jest ogólnie słaba. Niektóre szkoły oferują udogodnienia dla osób z małymi dziećmi. Za niewielką opłatą rodzice mogą na czas kursu zostawić dziecko w lokalnym żłobku. Jak twierdzi Magdalena Dymbel ze Stanton School of English, darmowe lekcje nie wpłynęły na liczbę studentów w szkole. Wygląda na to, że na tak szerokim rynku, jakim jest Londyn, każda oferta znajdzie dla siebie miejsce.

O swoich doświadczeniach z darmowym kursem języka dla obcokrajowców opowiada redaktor naczelna “Gońca Polskiego” Katarzyna Jaklewicz:

„Dwa lata temu szukałam tu szkoły. W Polsce zdałam FCE (First Certificate in English) i zaliczyłam wiele kursów, nawet przez jakiś czas sama uczyłam angielskiego początkujących. Miałam pełną świadomość, jak bardzo kursy mogą się różnić poziomem. Postanowiłam polegać głównie na opinii znajomych. Koleżanka Turczynka poleciła mi Richmond College, w którym ona nauczyła się angielskiego – zaczynała ponoć od zera, teraz mówi doskonale. Przekonało mnie jedno zdanie: „I owe them my English!”. Przy wyborze szkoły kierowałam się jeszcze dodatkowo dwoma kryteriami. Zależało mi, żeby grupa była międzynarodowa i żeby kursy były prowadzone w trybie semestralnym, bo trudno mi uwierzyć, że szkoły oferujące kursy, do których można się przyłączyć co tydzień naprawdę coś dają. Wtedy, dwa lata temu, za kurs na poziomie CAE (Certificate in Advanced English) zapłaciłam 400 funtów za semestr. Kraje należące do Unii Europejskiej miały wtedy zniżkę, ale Polska jeszcze nie była członkiem Unii. Richmond College cieszył się opinią dobrej, ale drogiej uczelni. Po roku wróciłam na drugi semestr, juz za darmo. Ci sami nauczyciele, te same podręczniki. W moim odczuciu nic się nie zmieniło. Uważam, że najwięcej zależy od nauczyciela. W ciągu tych dwóch semestrów było ich czterech, a prowadzone przez nich zajęcia bardzo różniły się poziomem. Było to widać w samej frekwencji na lekcjach każdego z nich.

Od września znów zamierzam wrócić do Richmond College, tym razem na kurs CPE (Certificate of Proficiency in English). Ten najwyższy poziom jest już płatny, kosztuje około 370 funtów za rok. Jednak moim zdaniem warto wydać te pieniądze. Podkreślam, nie widzę różnicy między zajęciami płatnymi a darmowymi. Jednak to dopiero pierwszy rok darmowego angielskiego w tej szkole, kto wie, czy z czasem poziom lekcji się nie zmieni. Moi nauczyciele otwarcie wyrażali obawę, że darmowe lekcje mogą być dla studentów demoralizujące. Niewykluczone, że płacenie słono za naukę jest dobrą motywacją, przynajmniej dla części uczniów. A więcej zmotywowanych osób w efekcie decyduje o poziomie grupy. Na razie za wcześnie na wyciąganie wniosków”.

Ucz się mimochodem

Każda wielka podróż zaczyna się od małego kroku, mówi stare chińskie przysłowie. Dlatego nawet jeśli nie masz czasu na kurs językowy, nie rezygnuj z nauki. Samodzielna nauka ma swoje zalety – uczysz się jak chcesz i kiedy chcesz. Obfitość dostępnych materiałów sprawia, że można nauczyć się języka w domu. W nauce nie ma cudów – przekonują metodyści – liczy się systematyczność i kontakt z językiem. Francuzi mawiają, że najprostsza droga do nauki obcego języka to zakochać się w obcokrajowcu. Ale serce nie wybiera, więc jeśli twoje jest już zajęte, nie poświęcaj się tak bardzo. I tak masz ułatwione zadanie, mieszkasz przecież w Londynie i, chcąc nie chcąc, stykasz się z angielskim na co dzień. Najprostsze sposoby na naukę mimochodem to kartka w kieszeni i słuchawki w uszach. Na kartce zapisz codziennie kilka nowych słówek. Wyjmuj ją z kieszeni na przystanku, w metrze, podczas przerwy w pracy, w czasie drogi do domu. Po miesiącu dziesięć słów dziennie da 300, a po roku… sam policz. Pamiętaj, że przeciętny człowiek w codziennej mowie używa zaledwie kilku tysięcy słów. Do walkmana możesz włożyć kasetę z lekcją, albo włączyć angielskie radio i słuchać go w drodze do pracy, w metrze, w autobusie. To razem 20 minut albo 2 godziny dziennie (zależnie od tego, jak daleko od domu pracujesz), bez uszczerbku dla wolnego czasu i obowiązków zawodowych. Co jeszcze możesz zrobić, żeby poprawić swój angielski bez wysiłku?

Czytaj, czytaj, czytaj. Oczywiście po angielsku. Zacznij od krótkich informacji w codziennej prasie (doskonale się do tego nadaje darmowe Metro), później przejdź do dłuższych artykułów. Zajrzyj do Internetu, na WWW znajdziesz miliony stron po angielsku traktujących o interesującym cię temacie, cokolwiek to jest. Rozejrzyj się dookoła, angielski jest wszędzie. Czytaj reklamy i ogłoszenia, łatwo je zrozumieć, bo przekaz jest zazwyczaj bardzo czytelny, opatrzony adekwatną fotografią. Nie musisz rozumieć wszystkiego, co czytasz, nawet się nie staraj. Ważne, żeby złapać ogólny sens. Jeśli zaczniesz sprawdzać każde niezrozumiałe słowo w słowniku, czytanie stanie się torturą, zamiast przyjemnością. Po jakimś czasie spróbuj przeczytać książkę. Możesz kupić na początek książkę z serii dla obcokrajowców, oznaczoną jako łatwa, albo zacząć od książek dla dzieci. Doskonały dla uczących się angielskiego jest Harry Potter – pierwsza część, dla młodszych dzieci, jest napisana łatwiejszym językiem. W miarę jak Harry rośnie, jego słownictwo się poszerza, tak samo jak twoje. Ważne, żebyś czytał coś, co cię interesuje. Jeśli książka nie zainteresowałaby cię po polsku, szanse, że przyjemnie będzie się ją czytało po angielsku są właściwie zerowe. Jeśli już musisz skorzystać ze słownika, wybierz słownik angielsko-angielski, w którym znaczenie słów jest wyjaśnione opisowo. Nie korzystaj ze słownika angielsko-polskiego.

Od czytania książek dzieli cię tylko krok do oglądania filmów po angielsku. Najlepiej zacznij od adaptacji historii, które właśnie przeczytałeś, albo wybierz film, który widziałeś wcześniej po polsku. Dużym ułatwieniem są też napisy (oczywiście angielskie), ale staraj się nie korzystać z nich za często. Bardzo pomocne w nauce angielskiego jest też oglądanie telewizji. Nie zaczynaj tylko od angielskiego kabaretu, bo możesz się zniechęcić. Jest tam tyle idiomów i odwołań kulturowych, że żaden, nawet doskonale mówiący po angielsku obcokrajowiec ich nie zrozumie. Dobre do nauki są wiadomości. Lektorzy używają czystego literackiego języka. Jeśli nie zrozumiesz sensu informacji za pierwszym razem, będzie ona powtórzona jeszcze wielokrotnie w ciągu dnia.

Rozmawiaj jak najwięcej. W sklepie, w pracy, w autobusie. Postaraj się poznać angielskich znajomych i wybierz się z nimi do pubu. Słuchanie mowy codziennej jest doskonałym ćwiczeniem. Osoby uczące się angielskiego w Polsce płacą słono za lekcje z native speaker’ami, kupują płyty z lekcjami, gdzie te same zdania są czytane z różnymi akcentami. Ty masz to za darmo. Wystarczy, że wyjdziesz na ulicę.

Ze wspomaganiem

Jeśli masz w domu komputer, najlepiej z dostępem do Internetu, twoje możliwości nauki są w zasadzie nieograniczone. Ilość serwisów wspomagających naukę angielskiego przechodzi najśmielsze oczekiwania. W Internecie jest wszystko – interaktywne ćwiczenia, pełne lekcje, a nawet konwersacje z lektorami. Zacznij od zapisania się do serwisu Słówko dnia – oferuje je prawie każdy portal językowy, np. www.ang.pl. Będziesz codziennie dostawać nowe słowo na skrzynkę mailową. Wspomniany serwis jest godny polecenia także z innych powodów. Mnóstwo tu użytecznych materiałów na każdym poziomie zaawansowania. Interaktywne ćwiczenia wspomagające naukę słówek, gramatyki, opracowane artykuły z angielskojęzycznych czasopism, baza szkół językowych w Polsce i za granicą i wiele innych informacji.

Nieszablonową szkołę języka angielskiego, która działa jedynie online znajdziesz pod adresem: www.kursy.filolog.pl. Każda lekcja (koszt ok. 2 zł) zawiera tekst, ćwiczenia i nagranie w formie pliku mp3. Możesz też skorzystać z korepetycji online, czyli rozmowy z nauczycielem przez Sieć. Różnica polega na tym, że jest to rozmowa pisana. Po zakończeniu konwersacji, lektor poprawia twoje błędy i wyjaśnia ci ich przyczyny. Z tej formy nauki możesz korzystać także w pracy, podczas przerwy na lunch. Zajrzyj na strony wspomagające naukę:

http://www.ang.pl

http://www.angielski.filo.pl

http://mojetesty.pl

http://www.uczsie.pl

http://www.czytamy.pl

http://angielski.nauka.pl

http://www.angielski.ling.pl

http://www.angielski.edu.pl

Komputer możesz też wykorzystać do nauki angielskiego, instalując jeden z wielu programów wspomagających naukę. Godne polecenia są aplikacje z serii EuroPlus+. Do kupienia w Polsce, może więc warto poprosić rodzinę o wcześniejszy gwiazdkowy prezent? Najnowsza aplikacja z cyklu to „Angielski z Cambridge, Interaktywny kurs nauki języka seria EuroPlus+ Language in Use”. Program wspomaga naukę języka angielskiego na trzech poziomach zaawansowania: od początkującego do średnio zaawansowanego (Beginner, Pre-Intermediate, Intermediate). Aplikacja powstała na bazie podręczników „Language in Use” wydawnictwa Cambridge University Press. Do twojej dyspozycji jest aż pięć rodzajów lekcji, nie sposób więc znudzić się ćwiczeniami. Najciekawsze są prezentacje wideo, zawierające interaktywne filmy nawiązujące do tematyki zajęć i powiązane z nimi zadania. Najbardziej praktyczne – lekcje powtórzeniowe i testowe, skupiające materiał z całego działu i pozwalające zorientować się w naszych postępach. Na końcu każdego poziomu zaawansowania znajduje się dodatkowo duży test sprawdzający wiedzę. Oprócz lekcji w aplikacji znajdziesz także słownik zawierający 5000 haseł, zbiór 300 przydatnych zwrotów, zestawienie zasad gramatycznych, moduł do tworzenia własnych lekcji oraz notatki, którymi można opatrzyć każdą stronę kursu. Do każdej lekcji dołączony jest też moduł Słówka, zawierający nowe, przetłumaczone i udźwiękowione wyrażenia. Naukę wspomaga serwis internetowy www.englishon-line.com/pl, rozszerzający możliwości aplikacji. Wszystko to czyni z programu prawdziwy „kombajn” do nauki języka i rekompensuje jego cenę (ok. 400 zł).

Inne programy do nauki języka angielskiego to: Profesor Henry, seria Tell Me More, seria Lingua Match, seria Super Memo Word, Angielski na 6, Angielski dla zapracowanych, Angielski w pigułce i wiele, wiele innych. Wśród szerokiej oferty każdy znajdzie coś dla siebie. Darmowe programy wspomagające naukę angielskiego można pobrać z Internetu. Sporo znajdziesz na stronie: www.anglista.org.

Po naszej rozmowie Arek postanowił zapisać się na darmowy kurs w najbliższym college’u. Zaczyna od września, dwa razy w tygodniu po półtorej godziny. Będzie też czytał angielskie gazety i postanowił codziennie zapisywać nowe słówka na kartce. Na początek cztery dziennie.

Edyta kupiła program do nauki języka i podczas popołudniowej drzemki Mateuszka uczestniczy w kolejnych multimedialnych lekcjach. Bardzo jej się to podoba, bo przy okazji uczy się obsługi komputera. Postanowiła też wybrać się na spotkanie dla młodych matek organizowane przez lokalną bibliotekę. To nic, że na początku niewiele zrozumie. Za drugim razem na pewno będzie lepiej, może pozna też jakąś angielskojęzyczną koleżankę?

Sebastian na razie uczy się słuchając kaset w drodze do pracy. W wynajętym mieszkaniu nie ma komputera, a czasu na lekcje naprawdę mu nie wystarczy. Ale niedługo do Londynu przyjeżdża jego siostra, która właśnie obroniła w Polsce tytuł magistra na anglistyce. Sebastian poprosi ją o korepetycje dwa razy w tygodniu, późnym wieczorem. Najważniejsze, że wszyscy znaleźli swoją drogę do nauki angielskiego. Teraz może już być tylko lepiej.

Źródło: Onet.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone

Polscy Irlandczycy

Słysząc o emigracji od razu większość z nas myśli sobie o Polakach wyjeżdżających masowo z kraju do innych państw w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy i lepszego życia. Może to dziwić, ale wielu obcokrajowców z chęcią przyjeżdża do Polski, by tam mieszkać i pracować. Często chcą przyjechać tylko na kilka lat, a zostają już na stałe. Również Irlandczycy przeprowadzają się do Polski i zaczynają tutaj nowe życie.

Dlaczego Polska?

- Można tutaj wiele zobaczyć, zwiedzając Kraków czy Warszawę – opowiada Peter Campbell – Irlandczyk mieszkający od 7 lat w Polsce – nie mówiąc już o tym, że jest tu po prostu pięknie. Polacy często nie mają pojęcia o tym jakie piękne krajobrazy są w zasięgu ich ręki. Pewnie trzeba wyjechać stąd, albo być z innego kraju, by móc to zauważyć i docenić – dodaje.

Teraz pośrednim powodem do wyjazdów Irlandczyków do Polski jest fakt, że samych Polaków w Irlandii jest wielu. – Często namawiam swoich znajomych, by odwiedzili przy okazji Polskę – mówi Agata Zawadzka, Polka mieszkająca w Irlandii. – Zapraszam ich do siebie. Kiedy przyjeżdżamy razem do Polski, pokazuję im ciekawe miejsca i to jak się żyje w Polsce. Są wprost zafascynowani naszym krajem, wszystko im się tutaj podoba! Efektem tego jest to, że niektórzy moi znajomi zastanawiają się czy nie przenieść się nad Wisłę – kończy.

Jedni mówią, że przyczyną przeprowadzki do Polski jest chęć zmiany w życiu, a Polska jest spokojna i wbrew pozorom nieco podobna do Irlandii, więc zmiana nie jest taka drastyczna. Inni, zwłaszcza mężczyźni, wybierają Polskę z zupełnie innego powodu – przyciągają ich Polki. – Przyjechałem do Polski tylko na rok – opowiada Patrick Swaim – jednak w tym czasie poznałem dziewczynę i zakochałem się. Postanowiłem, że zostanę tutaj. Pobraliśmy się i raczej nie planuję powrotu do Irlandii. Tutaj mam dom i pracę – opowiada.

Co jest najtrudniejsze?

Oczywiście, największym problemem dla wszystkich Irlandczyków mieszkających na stałe w Polsce jest nauka języka. Nasza gramatyka, nie mówiąc już o ortografii, jest wprost nie do przejścia dla nich. – Mieszkam w Polsce od 7 lat i jeszcze nie jestem w stanie dobrze posługiwać się językiem – wyznaje Campbell. – Owszem znam słówka, choć i tutaj mam problemy, by zrozumieć znaczenie niektórych z nich, jednak największym problemem jest gramatyka. To jak jakaś magia – dodaje. – Obcokrajowcowi bardzo trudno zrozumieć niektóre wasze zasady. Na razie mówię dość słabo, myślę, że minie jeszcze sporo czasu zanim nauczę się płynnie mówić.

Co irytuje?

Najbardziej męczy mnie marudność Polaków – śmieje się Campbell. – Nie wiem czemu tak jest, ale część moich przyjaciół potrafi marudzić o wszystko, nic im się nie podoba! A to za zimno, a to za gorąco, i tak w kółko! Również bardzo złą cechą Polaków jest bycie nieuprzejmym: wpychanie się do autobusów, niemili kierowcy na ulicach, można wymieniać w nieskończoność – dodaje. Niektórzy narzekają jeszcze na mało rozwinięte życie towarzyskie i życie nocne, ale w tej kwestii wystarczy lepiej poznać swoje miasto, mieć znajomych, z którymi można spędzać czas. To bardziej sprawa aklimatyzacji, niż samego kraju.

Praca i życie

Irlandczycy, przyjeżdżając do Polski, pracują w różnych miejscach: w szkołach, firmach, i wielkich korporacjach. Rzadko który Irlandczyk jest pomocą kuchenną czy personelem sprzątającym w hotelu. Najczęściej jednak są wykładowcami języka angielskiego w szkołach językowych i na uczelniach. Są bardzo “atrakcyjnym” nabytkiem, bo kto lepiej nauczy języka niż native speaker? Dlatego większość z nich bez problemu znajduje zatrudnienie. Podobnie na wyższych stanowiskach – jeśli tylko są wykształceni i posiadają odpowiednie kompetencje bez problemu znajdą pracę w większych firmach czy międzynarodowych korporacjach. Oczywiście również Irlandzkie firmy otwierając w Polsce swoją filię zatrudniają ludzi z Irlandii poniekąd “zmuszając” pracowników do przeniesienia się do Polski – wiadomo, że zwykle na wyjazd zgadzają się osoby chętne i samodzielnie podejmujące decyzję o wyjeździe.

Irlandczycy przyjeżdżający do Polski, kiedy już oswoją się z pewnymi zasadami i całkowicie się zaaklimatyzują, nie chcą wracać do swojego ojczystego kraju. W Polsce zakładają rodziny i pracują. Polska staje się ich drugą ojczyzną. Tak jak dla Polaków Irlandia.

Źródło: Gazeta.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone

Native speakers – w poszukiwaniu lepszego życia

Coraz więcej młodych ludzi pochodzących z bogatych europejskich krajów chętnie przyjeżdża do Polski po to, aby odpocząć od trwającej tam gonitwy szczurów. Dla większości Polaków może być to niezrozumiałe, bowiem właśnie tamte kraje kojarzą nam się z lepszym życiem.

Zamiast robić karierę wolą poznawać inną kulturę, obyczaje. Utrzymują się z pracy native speakerów, prowadzą zajęcia w szkołach językowych, udzielają korepetycji. W porównaniu z zarobkami w ich ojczyznach, w Polsce zarabiają grosze. Jednak jak sami przyznają nie to jest dla nich ważne. Dlaczego wybierają właśnie Kraków? – Przyjechałem do Krakowa wraz moją dziewczyną Anetą, którą poznałem kiedy jako studentka pracowała w irlandzkim pubie. Zakochałem się. I oto jestem ! – mówi Emmett, Irlandczyk uczący języka angielskiego.

Wybrali Kraków, bo jak przyznają, jest to najciekawsze miasto. Znaleźli się u nas wbrew rozsądkowi, dążeniu do stabilizacji i materialnych korzyści. Sprzeciwili się schematom, których od dziecka uczy się w polskich domach. – Początkowo jak tutaj trafiłem nie rozumiałem ani słowa po polsku. Jestem człowiekiem upartym i szybko zacząłem się uczyć, choć muszę przyznać, że to trudny język – mówi Andy z Wielkiej Brytanii. Większość wolnego czasu spędzają w pubach, w których najlepiej się czują. W każdy wtorek spotykają się na tzw. Table Quizie, czyli zabawie polegającej na wzajemnym zadawaniu sobie pytań.

Dzielą się na dwie drużyny, z których każda wpłaca określoną sumę pieniędzy, po to, aby z uzbieranej puli zwycięscy ufundować nagrodę w postaci złotego trunku. Polska kojarzy im się z krajem ludzi otwartych, serdecznych. Zgodnie mówią, że to co zadecydowało o tym, że tutaj zostali to polska mentalność. Chociaż zdarzają się przykre incydenty, jak np. pobicia, czy agresywne zachowania.

Nierzadko obcokrajowcy padają ofiarą głupoty podpitych Polaków. Jest to problem, który może odstraszać innych ludzi do przyjazdu do kraju nad Wisłą. – Jednak jeśli ktoś przyjeżdża do Polski z myślą, że wszytko będzie łatwe i proste, to szybko się zdziwi – mówi Eliza z Austrii. Najtrudniejszy jest dla nich proces adaptacji do nowego środowiska. Nierzadko czują się samotni, tęsknią za domem, starymi przyjaciółmi. Przykre również jest to, że często myleni są ze swymi rodakami, którzy przyjeżdżają do grodu Kraka jedynie w celach imprezowych.

Jednak pomimo tych niedogodności na ogół są zadowoleni z podjętej decyzji. Im dłużej przebywają w Polsce tym bardziej zmieniają swoje zdanie o naszym kraju.. Ciekawe kiedy w Polsce młodzi ludzie dojdą do wniosku, że ten styl życia można z powodzeniem zastosować i wyjechać na przykład do naszych wschodnich sąsiadów, czy innych państw o których niewiele poza stereotypami wiemy. Istnieją bowiem społeczności dla których nauka języka polskiego jest równie ważna jak dla nas angielskiego. Dlatego warto zachęcić rodaków do zastanowienia się nad tym, czy tzw. lepsze życie polega na zasobności portfela, czy też są inne ważne czynniki, które o tym decydują.

Źródło: Interia.pl

luty 20th, 2009 - Posted in Ciekawe artykuły | | Komentarze są wyłączone